W pierwszych etapach nie uczestniczymy w regatach, podążamy jedynie ich śladem. Nie udało nam się zebrać załogi, której połowa powinna mieć mniej niż 25 łat, a wiec nie spełniamy warunków formalnych. Ale właściwie to się z tego cieszę, gdyż bardzo głęboki niż, leżący na zachód od Kanału La Manche, jest przyczyną potężnego sztormu szalejącego na trasie regat. My zaś wesoło spędzamy czas w tawernie w Cherbourgu. Gdy sztorm słabnie i kierunek wiatru zmienia się na SSW, oddajemy cumy, biorąc kurs na zachód. 20 kwietnia, ciemną nocą, przy jeszcze silnym wietrze i sprzyjającym prądzie, mkniemy z prędkością 11 węzłów. Pozostałością po sztormie jest jednak wredna fala. Na zawietrznej spotyka się duża część załogi, nie wyłączając kapitana, który choruje "umiejętnie",
ukradkiem, ot tak, by nie osłabiać ducha załogi.
Powoli wszyscy dochodzą do siebie i po trzech dniach żeglugi zasiadamy do śniadania wielkanocnego. Tego dnia na 22 urodziny tabliczkę czekolady dostaje nasz niezawodny bosman Wojtek. Mamy także solenizantów: dwóch Jerzych i dwóch Wojciechów. Każdy z nich dostaje batona. Bosman jest więc "do przodu"!
Biskaje zapisały się w naszej pamięci przeciwnym, silnym wiatrem. Ponad tydzień pokonujemy 500-milowy odcinek pomiędzy Cherbourgiem a Leixos w Portugalii. 30 kwietnia trawersujemy przylądek Roca, najbardziej na zachód wysunięty punkt Europy, i wchodzimy na dzień do Lizbony. Od Kadyksu dzieli nas już tylko niespełna 200 mil.
Ciasno poustawiane jednostki z floty Tali Ships stoją już w dwóch, trzech rzędach burtą do kei. Na wietrze łopoczą gale flagowe, na większości jachtów zestawione w zupełnie przypadkowy sposób. Dotyczy to też "Zjawy", bo brakuje nam niektórych flag MKS. Liczne proporce Tali Ships i Cutty Sark z poprzednich lat pokazują, jak popularną imprezą jest Operacja Żagiel. Z Polski, oprócz naszej "Zjawy", stoją tylko "Pogoria" i "Dar Młodzieży", który ku zachwytowi wszystkich wygrał etap z Southampton do Kadyksu, nie dając szans rywalom.
Na "Zjawie" pusto - załoga poszła zwiedzać Kadyks. Hiszpańska muzyka przenika skupisko ludzi i jachtów. Z największą siłą rozbrzmiewa wieczorem na imprezie, w której uczestniczą młodzi z całego świata. Chłopaki z "Daru" muszą się bawić szybko, by powrócić na statek o wyznaczonej godzinie, my balujemy bez ograniczeń czasowych. Co jakiś czas, by ochłonąć od zawrotnego tempa muzyki, przechodzimy do spaceru wzdłuż oświetlonych jachtów. Majestatycznie wygląda las masztów, plątanina rei, lin, zwiniętych żagli na śpiących żaglowcach. Dwa dni w Kadyksie upływają przy słonecznej pogodzie. Zwiedzamy wszystko, co możliwe.
Dnia 7 maja, zaraz po śniadaniu, z nową załogą wyruszamy na wielką paradę żaglowców. Setki łódeczek, kajaków, motorówek, rowerów wodnych opływa ze wszystkich stron dumne fregaty, bar-kentyny, smukłe szkunery, zgrabne kecze i słupy. Żegnamy żaglowce płynące na Bermudy, by popłynąć w stronę Kanarów.
Na oceanie cisza. Wysoka temperatura i brak wiatru skłaniają bosmana do prac konserwacyjnych. Zaczyna się malowanie, lakierowanie i inne prace, by doprowadzić jacht do porządku pod względem technicznym. Miarowy warkot silnika wcale nie odstrasza delfinów, które okresowo wyskakują z wody, tuż obok burty. Po siedmiu dniach spokojnej żeglugi widzimy przed dziobem górzystą Te-neryfę. Dwa dni postoju wystarczają na uzupełnienie zapasów żywności, wody, paliwa. Pożyczonym samochodem wjeżdżamy na wulkan El Teide (3712 m n.p.m) i późnym popołudniem 17 maja jesteśmy gotowi do drogi. Jak to będzie na tym Atlantyku?
Ponad 3 tygodnie na morzu są bardzo do siebie podobne, prawie schematyczne. Trudno o jakieś wymyślne czynności, jeśli się siedzi na stosunkowo małej jednostce wśród siedmiu facetów, w tym czterech żonatych i trzech kawalerów. Średnia wieku - 37 lat.
Czekamy na pasat. A tu nic, tylko słabiutkie podmuchy z różnych kierunków. Z nudów ubzduraliśmy sobie, aby zejść aż do szerokości Wysp Zielonego Przylądka i rzucić okiem na ten archipelag. Owszem, pomarzyć można, ale jak zawieje. Po paru dniach otwieramy fitness club, tzn. gimnastykujemy się, by nadmiar jedzenia nie nadwyrężył naszych smukłych sylwetek. Codziennie, punkt 1800 - czyli zaraz po kisielu - zbiórka pod grotmasztem. Zajęcia prowadzi Krzysiek.
Dnia 20 maja przekraczamy Zwrotnik Raka i, jako że nie mamy w perspektywie równika, postanawiamy urządzić sobie "chrzest zwrotnikowy". Każdy jest myty, golony, karmiony jakimś paskudztwem, wymyślonym przez naszego mistrza ceremonii. Na koniec toast za zdrowie Neptuna i za silne wiatry, choćby z zachodu.
Wieczorami, gdy załoga wypełza na dek, rozpoczynają się długie rozmowy. Jeden martwi się o egzaminy dziecka do szkoły, drugi żali się, że nie płynie dalej. I oficer skrupulatnie uzupełnia dziennik. Bosman kombinuje, jak tu pomalować maszt, a ja chcę wreszcie poczuć pasat na plecach. Czasem na pokładzie ląduje latająca ryba. Z reguły rozbija się o kabestan od genuy, niekiedy udaje jej się trafić na pokład bez szwanku. Pojedyncze egzemplarze wracają zawsze do morza - za mało ich na obiad.
Po trzech dniach wreszcie wyczuwamy wyraźne podmuchy z NE, które przekształcają się po kilku godzinach w solidną "szóstkę". Odstawić silnik, założyć kontraszot na grota! Rezygnujemy z Wysp Zielonego Przylądka i grzejemy na zachód.
Dnia 9 czerwca, po 23 dniach na morzu, wreszcie widzimy Bermudy. Tego dnia wieczorem dołączamy, po miesięcznej przerwie, do floty Tali Ships Race. Przez kolejne dni stoimy w Hamilton. Spotykamy znajome jednostki, widziane wcześniej w Hiszpanii. Następuje kolejna wymiana załogi. Dołącza do nas Kazik Wacławik, który mimo paraliżu nóg jest tak zdeterminowany, że chce płynąć przez trzy kolejne etapy. "Zjawa" nie jest przystosowana do żeglugi z niepełnosprawnymi, lecz Kaziu radzi sobie doskonale. Przed wypadkiem brał udział w kilku operacjach żagiel i jest dla nas przykładem prawdziwego hartu ducha i siły woli. Na Bermudach stoimy pięć dni. To wyjątkowo uroczy zakątek globu. Podzwrotnikowy klimat, błękitne wody Atlantyku i złowrogi wieniec raf, opasujący piaszczyste plaże.
Dnia 14 czerwca dołączmy do tzw. Cruise-in-Company. Mając do wyboru kilka portów przeznaczonych dla Tali Ships, wybieramy Norfolk, Annapolis i Baltimore, skąd następnie udajemy się do sławnego Newport, gdzie bierzemy udział w kolejnej paradzie. Następnym przystankiem jest na krótko Glen Cove na Long Island, a potem Nowy Jork, w którym spędzamy blisko 4 dni. Są tu również "Dar" i "Pogoria".
Boston wita nas hucznie 11 lipca, gdy wraz z całą flotą Tali Ships uczestniczymy w paradzie żaglowców wpływających do portu. Miasto bardzo nam się podoba, choć organizacja zlotu żaglowców jest tutaj kiepska; jednostki są rozproszone w obrębie wielkiego portu, komunikacja jest utrudniona, a informacja o imprezach towarzyszących regatom - niekompletna. Wózek inwalidzki dla Kazia zdo-
bywamy dopiero po interwencji polskiego konsula. Dnia 16 lipca stajemy do regat Boston-Halifax. Dwie doby we mgle i bez wiatru zmuszają nas do wycofania się. Mając w perspektywie terminową wymianę załogi w Halifaxie, nie możemy, niestety, bez końca kołysać się pod Bostonem. Oczywiście, jak na złość, jakieś 10 godzin później zaczyna wiać. Halifax wita nas słoneczną pogodą i najlepszą ze wszystkich portów organizacją. Nasz oficer łącznikowy Edek Walentynowicz dwoi się i troi, by umilić nam pobyt w tym mieście. Jako czynny żeglarz ma z nami wspólny język i niejednokrotnie sam odgaduje nasze potrzeby. Wraz z Kazikiem, który zresztą tu mieszka, pomagają nam przygotować jacht do drogi powrotnej.
Ostatnia parada, w jakiej uczestniczyliśmy, odbywa się 24 lipca. Niezwykle pięknie wyglądają żaglowce opuszczające z wiatrem Ha-lifax. Tego dnia, kilka godzin później, startują w regatach do Amsterdamu. My obieramy kurs na Nową Funlandię.
Bladym świtem 29 lipca trawersujemy Signal Hill, na wejściu do St. Johns. To stąd Marconi na początku wieku uzyskał pierwszą transatlantycką łączność radiową. Duże wrażenie robi wąskie wejście do portu między dwie kilkudziesięciometrowe skały. Gdyby była mgła, nie mając radaru, musielibyśmy zrezygnować.
Kilka godzin po zacumowaniu wiatr ze wschodu wzmaga się niemal do siły sztormu, zamykając nas w porcie na trzy dni. W czasie krótkiego pobytu mamy okazję przekonać się o życzliwości miejscowych, a wypływając żałujemy, że nie możemy bliżej poznać Nowej Funlandii, tej cichej i surowej, ale jakże pięknej krainy. Jeszcze tu wrócimy!
Powrót przez Atlantyk przebiega szybko. "Zjawa" pruje fale, znosząc dzielnie silny wiatr i duży zestaw żagli. Często silnik pomaga nam utrzymać niezbędną średnią 160 Mm na dobę i udaje nam się zdążyć do Brestu we Francji na ostatnią wymianę załogi.
Przed zakończeniem całej wyprawy wchodzimy jeszcze do Portsmouth i Dover, gdzie spotykamy "Zawiszę Czarnego", który obdarowuje nas różnymi smakołykami. Jak to miło czasem spotkać zaprzyjaźnionych żeglarzy. Dziękujemy załodze "Zawiszy"!
Pod koniec sierpnia, w Amsterdamie, spotykamy się z żaglowcami po raz ostatni. Tu do naszej floty dołączają jednostki biorące udział w Cutty Surk na Bałtyku. Kanałem portowym płyną tysiące jachtów, barek, taksówek wodnych. Niebo rozświetla pokaz sztucznych ogni. "Zjawa" stoi zacumowana w centrum miasta. Na jej masztach powiewa gala flagowa i proporce Tali Ships z portów, które odwiedziliśmy.
| Copyright by W.Siodelski 2002 |
|
Strona Główna | Mapa Serwisu |