ARTYKUŁ "NOWY DZIENNIK", sierpień 2000"

"ZJAWY" SZCZĘŚLIWE WIATRY, autor: Janusz Szlechta

"Zjawa IV" przypłynęła do Nowego Jorku dzień po wielkiej paradzie z okazji Święta Niepodległości. Początkowo cumowała między Brooklyn Bridge i Manhattan Bridge. Potem znalazła sobie wygodne miejsce na Hudson River, tuż obok potężnego lotniskowca "Intrepid", pływającego muzeum. Z drugiej strony lotniskowca stał dumnie przy nabrzeżu numer 88 "Dar Młodzieży". Na Manhattanie, w cieniu "Intrepid" i Empire State Building, nastąpiła wymiana załogi "Zjawy IV". Z Krakowa przyleciały 16-letnia Magda Hajto i 17-letnia Monika Załęska, które miały płynąć do Halifaksu. Odebrałem je na lotnisku JFK i miałem dostarczyć dwa dni później na pokład. Chyba wtedy zaświtała mi szalona myśl, że może i ja bym tak na ocean. Kapitan Wojciech Siodelski, w telefonicznej rozmowie, zgodził się od razu: "Nie ma sprawy, miejsce jest".
W sobotę po południu, wraz z Moniką i Magdą, przebijaliśmy się przez tłumy okupujące zachodnie wybrzeże Manhattanu i usiłujące przedostać się na cumujące tam żaglowce. Monika pokazała jednemu z policjantów dokument, że jest członkiem załogi "Zjawy". Policjant odsunął barierkę i wpuścił nas, obok tych tłumów, na nabrzeże. A tam żaglowce stały jeden za drugim, powiewały bandery i proporce, ale naszego jachtu nijak nie mogliśmy wypatrzyć. Wreszcie... jest.
"Zjawa IV" zrobiła na nas dobre wrażenie. Zbudowana została w 1949 roku jako statek ratowniczy. W roku 1983 przebudowano ją na jacht żaglowy. Ma 18,7 metra długości, 5,64 m szerokości i około 55 ton wyporności - wraz z paliwem, wodą, prowiantem i załogą. W czterech kajutach w miarę wygodnie może spać 12 osób. "Zjawa IV" jest własnością Centrum Wychowania Morskiego przy Związku Harcerstwa Polskiego w Gdyni. Do Stanów Zjednoczonych przypłynęła, aby wziąć udział w regatach "Tall Ships 2000", których trasa wiedzie z Bostonu do kanadyjskiego Halifaksu i dalej do Amsterdamu. Jacht wyczarterował od harcerzy i przygotował całą wyprawę kapitan Witold Gizler, właściciel Sailing School "Skipper", czyli szkoły żeglarskiej w Gdyni.
Na pokładzie
Przywitał nas wysoki, szczupły młodzieniec. - Wojtek - przedstawił się. Przy kole sterowym siedział drugi członek załogi, znacznie starszy od pierwszego, z siwiejącą brodą. - Kazik - przywitał się z nami. Reszta załogi miała się zebrać do wieczora. Na 10 zostało zaplanowane wyjście w morze.
Wojtek pokazał nam wolne koje. Dziewczęta zajęły kajutę na rufie. Mnie trafiła się najwyższa, trzecia koja w lewej kajucie dziobowej. Potem miałem doświadczyć utrapień tego miejsca: koja była najmniejsza, ciasna, tuż pod sufitem i po upalnym dniu nie było czym oddychać.
Moja kajuta sąsiadowała z mesą, gdzie przy stole wygodnie mogło usiąść osiem osób. Tutaj jadaliśmy w trakcie rejsu wszystkie posiłki. Obok jest niewielki kambuz, czyli kuchnia oraz łazienka z sedesem i maleńką umywalką.
Po zapoznaniu się z jachtem wyszliśmy na pokład. Usiadłem obok Kazika i zaczęliśmy gwarzyć. O załodze, o dotychczas przebytej trasie przez "Zjawę", o czekającej nas drodze. W pewnym momencie zapytałem: - A gdzie jest kapitan? Kazik spojrzał na mnie ze zdziwieniem. - Jak to gdzie, na pokładzie -odparł. Z kolei ja nie mogłem ukryć zdziwienia. - Ten chłopak, Wojtek, to jest kapitan? Kazik skinął głową twierdząco.
Wojtek Siodelski jest po II roku studiów na wydziale telekomunikacji Politechniki Gdańskiej. 25 marca tego roku zdał egzamin kapitański. "Zjawa" wypłynęła ż Gdyni l kwietnia. Dziesięć dni później, w Dunkierce we Francji, wsiadł na pokład wraz z bosmanem Wojtkiem Dawidem. 5 lipca obchodził na Manhattanie swoje 22. urodziny. Załoga kupiła mu w prezencie plecak tort lodowy, były świeczki, które musiał zdmuchnąć, było też "Sto lat" po polsku i angielsku. - To był piękny urodzinowy wieczór - wspominał potem wielokrotnie.
A na nabrzeżu przewijały się tłumy. Ludzie z zaciekawieniem patrzyli na "Zjawę IV", na stojący w pobliżu podobnej wielkości jacht ukraiński "Batkivschyna" oraz argentyński trójmasztowiec "Capitan Miranda". W pewnym momencie Murzynka, która od dłuższego czasu przyglądała się "Zjawie" i nam na pokładzie, zapytała: "Skąd jesteście?". - "Z Polski, z Europy" - odparł Kazik. - "I tym małym jachtem przepłynęliście Atlantyk?" - kiwała głową z niedowierzaniem. - "A przepłynęliśmy, przepłynęliśmy" - potwierdził Kazik.
Załoga
Słońce powoli chowało się za wysokimi budynkami po newjerseyskiej stronie Hudsonu. Tłum na nabrzeżu przerzedzał się. Za to na pokładzie robiło się coraz tłoczniej - wracała załoga.
Pierwszy pojawił się bosman -Wojtek Dawid. Student, po II roku wydziału nawigacyjnego Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Kiedy "Zjawa" pokonywała Zatokę Biskajską, obchodził 22. urodziny. "Na Biskajach fale rzucały jachtem jak orzechem, a sztorm był taki, że darł żagle" - wspominał potem. Po nim wrócił Kanadyjczyk Andrew Patton, dwudziestokilkuletni obieżyświat z Halifaksu.. Na pokład "Zjawy" wszedł w Hamilton na Bermudach razem z Kaziem Wacławikiem.
Od kilku l godzin czekaliśmy na Amerykankę Stephanie Felmly, która mieszka w Newport. Kilka razy telefonowała - Kaziu, jako jedyny na pokładzie, miał telefon komórkowy, który okazał się bardzo przydatny - że jest w pociągu. Kiedy już zapadł zmierzch, dotarł z Chicago Piotr Przygocki, a krótko po nim -Lara, Rosjanka z Sankt Petersburga, która studiuje w Nowym Jorku.
Od czasu do czasu ktoś z tych, którzy przyszli podziwiać żaglowce, wchodził na pokład "Zjawy". Najczęściej byli to rodacy mieszkający w Nowym Jorku lub w jego pobliżu. Oglądali jacht, a potem zatrzymywali się, by bodaj chwilę porozmawiać. Robiło się od razu swojsko.
Przed północą Andrew poszedł na Penn Station, dokąd przyjeżdża pociąg z Newport. Wrócił ze Stephanie o wpół do drugiej. Wszyscy, to znaczy cała załoga i kilka zaprzyjaźnionych osób, staliśmy na pokładzie. Przyjęliśmy ich z ulgą, w milczeniu. Kapitan powiedział natychmiast: - Wypływamy!
Bosman włączył silnik. Wibrujący dźwięk rozdarł ciszę, w jakiej pogrążone było całe nabrzeże. Powoli zanurzaliśmy się w ciemności, które spowijały Hudson.
Nie czuło się wiatru, więc o rozwinięciu żagli nie było mowy. Silnik mruczał jednostajnie i Manhattan powoli stawał się coraz mniejszy. Wszyscy staliśmy na pokładzie, nikt nie myślał o spaniu. Nic w tym dziwnego - to co widzieliśmy, robiło niesamowite wrażenie. Obraz był wręcz nierealny, jak z jakiegoś filmu science fiction. Stalowo-szklane drapacze chmur Manhattanu, migające tu i ówdzie światłami, stały potężne i milczące na tle ciemnego nieba, odbijając się w wodzie niepokojonej przez kadłub "Zjawy". Groźne, piękne, niesamowite miasto pogrążone we śnie. W głębokiej ciszy słychać było tylko pracujący miarowo silnik i westchnienia pełne zachwytu.
Kiedy przepływaliśmy pod Brooklyn Bridge, a potem pod kolejnymi: Manhattan, Williamsburg i Queensboro Bridge za każdym razem miałem wrażenie, że grotmasztem zawadzimy o stalową konstrukcję. Ale to było tylko złudzenie. Kiedy wpłynęliśmy do zatoki Long Island, na pokładzie pozostała tylko pierwsza wachta: Kaziu, Magda i Monika, no i kapitan, a pozostali poszli do kajut, aby się zdrzemnąć.
Wśród swoich
Obudziła mnie cisza. Była ósma rano. Wyszedłem na pokład. Dzień zapowiadał się piękny, radośnie świeciło słońce. Godzinę wcześniej rzuciliśmy kotwicę w pobliżu dużej przystani jachtowej w New Rochelle. Bosman i kapitan wraz z Moniką i Magdą coś poprawiali przy żaglach i przy kotwicy. Podziwiałem te dwie młode krakuski: nigdy na nic nie narzekały, natomiast zawsze chętnie wykonywały polecenia bosmana czy kapitana.
Ania i Janusz Rupowie, Artur Dalgiewicz i jeszcze dwóch młodzieńców, którzy przypłynęli z nami z Manhattanu, gdzieś zniknęli. Nie na długo. Okazało się, że mają tutaj swój jacht "Nirvanę" i w każdy weekend - pływają. Ania miała dołączyć do załogi "Zjawy" w Halifaksie i popłynąć do Amsterdamu. W1992 roku, kiedy w Nowym Jorku miał miejsce największy wówczas w historii zlot żaglowców świata z okazji obchodów 500. rocznicy odkrycia Ameryki przez Kolumba, przypłynęła do Stanów Zjednoczonych właśnie na "Zjawie IV" i już tutaj została. "Będzie to moja sentymentalna podróż" - stwierdziła.
Po pewnym czasie Janusz z Arturem przypłynęli motorówką i zabrali dziewczęta i bosmana pod prysznice. Godzinę później przypłynął Janusz Machnica, właściciel szkoły żeglarskiej w New Rochelle, aby zabrać do kąpieli drugą część załogi. Potem Magda, Monika, Stephanie i bosman przesiedli się na "Nirvanę" na krótki rejs po zatoce. Po południu właściciel szkoły żeglarskiej zaprosił nas na obiad do restauracji Front of the Water tuż przy przystani. Każdy wybierał sobie co chciał, więc wszyscy byli zadowoleni. Kiedy wracaliśmy dwoma motorówkami na "Zjawę", zostaliśmy jeszcze obdarowani owocarni, piwem i różnymi napojami. "To drobiazg - powiedział Janusz Machnica. - W ten sposób chciałem wam podziękować za to, zobaczyłem polską flagę na polskim jachcie".
Na pokładzie wysączyliśmy pożegnalne piwo. Andrew wyciągnął gitarę i zaśpiewał jedną z ballad Dylana. Potem jeszcze zrobiliśmy kilka zdjęć na pamiątkę - i przyszedł czas rozstania. Podnieśliśmy kotwicę. Kapitan kazał postawić żagle: najpierw grota, a potem, kiedy poczuliśmy wiatr, również największego sztaksla - genuę i wraz z wieczorną bryzą ruszyliśmy ku oceanowi.
W morzu
W pobliżu The Race Point złapaliśmy dobry prąd. Kapitan kazał postawić bezana. Brzeg zniknął nam szybko z oczu. Wiatr wypełnił wszystkie żagle i jacht rozwijał momentami do 9 węzłów na godzinę. To był imponujący widok. Kiedyś wyczytałem słowa jakiegoś artysty, iż trzy "rzeczy" na świecie są prawdziwie piękne: młoda, naga kobieta, koń w galopie i żaglowiec z rozwiniętymi żaglami. "Zjawa" wyglądała pięknie. Kapitan zarządził, że między godziną 8 wieczorem a 8 rano każdy, kto znajduje się na pokładzie, musi mieć założoną kamizelkę ratunkową - to tak, na wszelki wypadek.
Piotr zbudził mnie w nocy 10 minut przed czwartą. - Twoja wachta -powiedział krótko. Obudziłem Ste-phanie i Larę. Na pokładzie przejąłem ster od Piotra, który wraz ze swoim partnerem Andrew zniknął szybko w kajucie. Słychać było tylko szum fal i skrzypienie lin. Trzymałem mocno ster, a dziewczęta co jakiś czas sprawdzały, czy liny nie poluzowały. To niesamowite uczucie trzymać ster w rękach i czuć się odpowiedzialnym za jacht i całą załogę, która z ufnością spała w kajutach.
Stephanie zrobiła kawę. Gorąca kawa na oceanie, o piątej rano - na dodatek przyprawiona widokiem słońca, które z trudem przebijało się zza nocnych chmur - smakowała wybornie. Na chwilę słońce wyłoniło się zza horyzontu, po czym zniknęło. Po godzinie pojawiło się znowu i już było wiadomo, że obudził się dzień. O ósmej postawiliśmy na nogi pierwszą wachtę: Kazia, Monikę i Magdę; moja wachta zeszła do kambuza, aby przygotować śniadanie. Szefową była Stephanie. Wrzucała na patelnię kromki chleba otoczone w jajku i tak usmażone, gorące kładła na talerz. Część załogi siedziała w mesie; jedni popijali herbatę, inni kawę i jedli usmażony chleb z polskim dżemem. Nikt się nie skarżył, że śniadanie mu nie smakuje.
Ja nie mogłem przełknąć nawet kęsa. Od rana czułem się nie najlepiej. Bosman doradził mi, abym nie siedział pod pokładem, bo tutaj gorzej się znosi kołysanie. Fala była duża i rzucała naszym jachtem jak zabawką. Kilka godzin przeleżałem na pokładzie, nie zważając na słońce, które paliło niemiłosiernie i prosząc Boga o kawałek podłogi, która by nie uciekała spod nóg. Po pewnym czasie spostrzegłem, że nie jestem samotny w tym cierpieniu. Na dziobie ułożyła się w milczeniu Stephanie, a na rufie Lara. Piotrek też chodził z nietęgą miną. Kapitan z wyrozumiałością patrzył na część załogi leżącą pokotem i starał się nas nie obciążać żadnymi obowiązkami. Byłem mu za to wdzięczny.
Wieczorem, kiedy wiatr ucichł i fale przestały kołysać jachtem, powoli wszyscy zaczęliśmy odzyskiwać dobre samopoczucie. Wypiliśmy nawet po butelce piwa, bo na tyle kapitan pozwolił. Wtedy dopiero poczułem, że spaliło mnie tak, iż założenie spodni i koszuli sprawiało mi potworny ból.
Historia Kazia
Usiadłem z ulgą na pokładzie obok Kazia Wacławika, który trzymał w rękach koło sterowe. Prowadził jacht z wprawą i dużym spokojem, co jest cechą ludzi doświadczonych. Jeszcze na Manhattanie, ale dopiero po kilku godzinach spędzonych na pokładzie, zorientowałem się, że coś z nim jest nie tak, gdyż nie biega jak inni, nigdzie nie odchodzi, siedzi tylko za tym kołem sterowym...
Ten czterdziestokilkuletni mężczyzna przed dziesięcioma laty wyemigrował z Polski do Kanady. Zamienił Gorlice na Halifax. Po pewnym czasie zaczął czynić starania, aby ściągnąć żonę i trzy córki. Pracował na olbrzymiej fermie pieczarek. Cztery i pół roku temu miał wypadek. Podczas rozładowywania sprasowanej słomy z potężnej ciężarówki, nagle spadła 250-funtowa bela, zahaczając go krawędzią. Nieprzytomny trafił do szpitala ze złamanym kręgosłupem i marnymi widokami na przeżycie. Przeżył. Prawie rok leżał w szpitalu. Lekarze nie dawali mu szans, że kiedykolwiek będzie chodził. W tym czasie spadł na niego drugi ciężar, może jeszcze boleśniejszy... Żona wystąpiła o rozwód i szybko go uzyskała. Miał więc już pewność, że nie ma na kogo czekać... Dzięki pewnej pielęgniarce nie załamał się. Ona dawała mu nadzieję, cień nadziei. Leczył się i ćwiczył. Po dwóch latach rehabilitacji, wspierając się na wózku, zaczął chodzić. W dużym stopniu stał się niezależny od innych ludzi. Teraz ta pielęgniarka jest z nim na stałe. Pobrali się.
9 czerwca na Bermudach wsiadł na pokład "Zjawy". Organizator wyprawy zgodził się, mimo iż wiedział, że Kaziu nie może być pełnosprawnym członkiem załogi. Był to piękny gest wobec człowieka, który kocha morze, który uczestniczył w pięciu wielkich operacjach "Żagiel". I po co mi to? - zastanawiał się chwilę. No więc ciągnęło mnie na morze. Ale przede wszystkim chciałem się sprawdzić, chciałem się przekonać, czy mogę jeszcze pływać.
W Halifaksie - jak"się później dowiedziałem - Kaziu zszedł na ląd. Całą załogę zaprosił do swojego domu. A w domu czekała na niego najstarsza córka, która - po latach niewidzenia się z ojcem - postanowiła przyjechać i pozostać z nim na stałe.
Tall Ships Boston 2000
W poniedziałek wieczorem, kiedy wiatr osłabł, kapitan kazał bosmanowi włączyć silnik. Była jeszcze szansa, że - przy sprzyjających prądach i wietrze - zdążymy do Bostonu. We wtorek o 11 rano miała się rozpocząć największa w historii tego miasta parada żaglowców.
Od północy do czwartej znowu wypadła moja wachta. Na zmianę ze Stephanie trzymaliśmy ster. Było bardzo ciemno i zimno. Aby nie zasnąć, śpiewaliśmy piosenki: ja po polsku, Stephanie po angielsku; jedną znaliśmy oboje i zaśpiewaliśmy wspólnie - o dwojgu kochających się ludziach, których rozdziela ocean i którzy do siebie bardzo tęsknią...
W pewnym momencie pokazał się księżyc. Za jachtem rozpostarła się srebrzysta smuga światła od rufy aż po niebo. A na niebie doskonale widoczny był niemal cały gwiazdozbiór. Tak, dla takich chwil warto znaleźć się ira jachcie, pełnić wachty i zrezygnować z wszelkich wygód życia w mieście.
Przed świtem wachtę objęli Piotr i Andrew. Tym razem wyjątkowo dobrze spało mi się w ciasnej koi. I znów obudziła mnie cisza. Staliśmy u wejścia do bostońskiego portu. A wokół nas aż roiło się od żagli. Statki i jachty ustawiały się w kolejności z góry ustalonej przez organizatorów: American Sail Trainning As-sociation (ASTA) oraz International Sail Trainning Association (ISTA) z siedzibą w Londynie.
- Zdążyliśmy - cieszył się kapitan.
Pogoda była wymarzona: ciepło, wietrznie i słonecznie. Tysiące większych i mniejszych jachtów oraz motorówek ustawiło się po dwóch stronach toru wodnego, tworząc swoisty szpaler, którym miały płynąć wszystkie duże i małe żaglowce uczestniczące w paradzie. Szybkie łodzie The Coast Guard pilnowały porządku i przeganiały intruzów. Nasz kapitan był zachwycony.
"Zjawa IV" została włączona do czwartej flotylli. Miał ją poprowadzić hiszpański czteromasztowiec "Juan Sebastian del Cano". Obserwowaliśmy z zachwytem-jego manewry. Z lewej: burty ^wyprzedził nas wysmukły, piękny kanadyjski szkuner "Highlander Sea", a po chwili jeszcze amerykański "Sherman Zwicker" i belgijski "Zenobe Gramme". Tuż za nami ustawiły się dwa amerykańskie jachty, nieco mniejsze, od "Zjawy": uPhoenix" i "Rachel B. Jackson". Nasza flotylla była gotowa do parady.
W bostońskiej paradzie uczestniczyły jeszcze dwa polskie żaglowce: "Pogoria" płynęła w drugiej flotylli, prowadzonej przez piękny japoński czteromasztowiec "Kaiwo Maru", natomiast "Dar; Młodzieży" poprowadził 16. flotyllę.
O godzinie 12:45 rozległ się strzał, oddany z działaj niemal 200-letniego amerykańskiego żaglowca USS "Constitution" i flotylle ruszyły. USS "Constitution" płynął jako pierwszy. Wszystkie żaglówce przepływały obok lotniskowca USS "John F. Kennedy", na pokładzie którego znajdowali się między innymi: gubernator stanu Massachusetts Paul Cellucci, zastępca sekretarza marynarki amerykańskiej Jer-ry Hultin i burmistrz Bostonu Thomas Menino. "To jest wielki dzień dla Bostonu, wielki dzień dla Massachusetts, wielki dzień dla Stanów Zjednoczonych" - powiedział 'gubernator Cellucci. Zaiste był to widok cudowny i niesamowity zarazem, kiedy żaglowiec za żaglowcem, jacht za jachtem, z rozwiniętymi żaglami, dostojnie przepływały obok lotniskowca i setek tysięcy Amerykanów zgromadzonych na nabrzeżach. "Zjawa" była jedynym jachtem, który - zgodnie ze sztuką żeglarską - halsował. Kapitan wydawał spokojnie komendy: - Genua na lewą burtę. Bosman luzował linę z prawej burty, a Andrew i ja wybieraliśmy linę z lewej - i po chwili jacht łapał wiatr i skręcał w lewo. Chwilę później ten sam manewr wykonywaliśmy w odwrotną stronę. I tak wiele razy.
Przybiliśmy do kei w Charlestown, południowej dzielnicy Bostonu. Przed nami zacumował "Zenobe Gramme, a tuż za nami amerykański "John Lang" i "Morning Star" z Londynu; Dwie godziny później przy naszej lewej burcie zacumował zgrabny kanadyjski szkuner "St. Lawrence II" z młodzieżą, która odbywała szkołę pod żaglami.
Pożegnanie ze "Zjawą"
Aby załoga się nie nudziła, kapitan - zaraz po zacumowaniu - zarządził wielkie sprzątanie. Bosman z Moniką i Magdą czyścili pokład, Andrew i Piotr wzięli się za pucowanie kambuza, a mnie i Stephanie przypadło w udziale sprzątanie ubikacji. Każdy też musiał poukładać swoje rzeczy w kajutach i posprzątać koje, bo wiadomo było, iż jacht odwiedzać będą liczni goście, którzy wszędzie zechcą zajrzeć.
Organizatorzy w tym czasie dostarczyli na pokład plik różnych materiałów reklamowych oraz dokładny program spotkań i imprez, w których mogła uczestniczyć załoga "Zjawy". Wieczorem, po zakończeniu porządków, kiedy jacht aż lśnił, każdy miał Czas, aby wreszcie zadbać o siebie.
W środę rano bosman zatankował wodę do zbiorników. Potem ze Stephanie i Andrew uzupełnili ubytki farby na burtach. W tym czasie zrobiłem sobie wycieczkę po porcie, aby zobaczyć jachty i żaglowce, których różnorodność i barwność były zaiste zdumiewające. Na pokładach na ogół było tłoczno, bowiem chętnych do ich zobaczenia z bliska i dotknięcia było bardzo wielu. I tak to miało trwać przez kilka dni.
Wróciłem na pokład "Zjawy", aby zrobić pożegnalne zdjęcia z załogą, wymienić adresy i umówić się
na następny rejs Bóg wie kiedy. Musiałem, niestety; po czterech dniach spędzonych na pokładzie, wracać do Nowego Jorku. Moje miejsce zajął Paweł Morzycki, dziennikarz miesięcznika "Żagle".
Bostońska parada zapoczątkowała uczestnictwo "Zjawy IV" w operacji "Tall Ships 2000". 16 lipca "Zjawa" wypłynęła z Bostonu. Do Halifaksu dotarła po trzech dniach. Pod koniec lipca wypłynęła w drogę do Amsterdamu, dokąd powinna dotrzeć 26 sierpnia. Szczęśliwych wiatrów, "Zjawo"!


Copyright by W.Siodelski 2002
Strona Główna Mapa Serwisu