Kiedy na Manhattanie wszedłem na pokład "Zjawy" i szukałem kapitana, spodziewałem się zobaczyć dojrzałego mężczyznę, z brodą, tymczasem ujrzałem chłopca nieledwie... Jak zostaje się kapitanem żaglowca?
- No tak, na Manhattanie, w cieniu Empire State Building i lotniskowca-muzeum "Intre-pid", świętowałem swoje 22. urodziny. Załoga sprawiła mi miłą niespodziankę: były upominki, "Sto lat" po polsku i angielsku. Takie momenty zapamiętuje się na całe życie.
Kiedy miałem 7 lat, w 1985 roku ojciec wziął mnie na obóz harcerski, gdzie po raz pierwszy pływałem żaglówką. W 1992 r. po raz pierwszy wypłynąłem na Bałtyk jachtem, który nazywał się "Smrek". Każdego roku pływam coraz więcej. Dwa lata temu odbyłem cztery rejsy, a w roku 1999 - pięć, spędzając na morzu ponad dwa miesiące. W tym roku już od kwietnia jestem na po-kładzie "Zjawy". Pierwszy raz w życiu dowodzę tak dużym jachtem.
W ubiegłym roku, podczas wakacji, Witold Gizler, właściciel Sailing School "Skipper", czy-li szkoły pod żaglami w Gdyni, przebąkiwał, że szykuje wyprawę do Stanów Zjednoczonych i będzie potrzebował ludzi do poprowadzenia jachtu. W tym czasie przygotowywałem się do wyprawy do Islandii, ale nic z tego nie wyszło. W listopadzie Witek powiedział mi, że popłynę do Stanów, ale pod jednym warunkiem -że zdobędę uprawnienia kapitańskie. Znał mnie od paru lat, w 1996 roku on mnie egzaminował na sternika, prowadziłem mu już kilka rejsów po Bałtyku i Morzu Śródziemnym, więc miał do mnie zaufanie.
25 marca zdałem egzamin kapitański, a "Zjawa IV" wypłynęła z Gdyni l kwietnia. Beze mnie, bo po prostu nie zdążyłem załatwić wszystkich spraw. Na pokład "Zjawy" wsiadłem 10 dni później we Francji, w Dunkierce, razem z bosmanem Wojtkiem Dawidem. Nie znaliśmy się wcze-śniej.
- Jaką trasą płynęliście? Czy mieliście jakieś niespodzianki?
- Pierwszy etap prowadził z Dunkierki do Cherbourga we Francji i dalej do Porto i Lizbony w Portugalii, a następnie do Kadyksu w Hiszpanii. Tam nastąpiła wymiana załogi: z 11 osób pozostaliśmy tylko ja i bosman, wsiadło natomiast pięć nowych. W Kadyksie rozpoczęła się wielka operacja Tali Ships 2000 -wszystkie uczestniczące w niej żaglowce miały płynąć na Bermudy. Jednak nie mogliśmy w niej uczestniczyć, ponieważ nie mieliśmy odpowiedniej załogi. Zgodnie z wymaganiami organizato-rów polowa załogi musi mieć mniej niż 25 lat, nie może też być nikogo poniżej 15 lat.
Kiedy więc cała flota popłynęła na Bermudy - w tym m.in. "Dar Młodzieży", rosyjskie żaglowce "Mir" i "Kruzensztern" - my popłynęliśmy na Wyspy Kanaryjskie i Teneryfę. Z Santa Cruz - gdzie zro-biliśmy zapasy żywności - płynąc w strefie pasatów, w ciągu 23 dni dotarliśmy do Hamilton na Bermu-dach. Tutaj znowu nastąpiła wymiana załogi: zeszły na ląd cztery osoby, a dołączyło do nas sześć, w tym Kanadyjczyk Andrew Patton, młody obieżyświat z Halifaksu i Kazimierz Wacławik też z Halifak-su - niepełnosprawny, po wypadku porusza się za pomocą specjalnego wózka. Kiedyś, jeszcze jako mężczyzna w pełni sił, uczestniczył w pięciu wielkich operacjach "Żagiel".
Z Hamilton popłynęliśmy do Saint Georges na Bermudach po kolejnego członka załogi, a stamtąd już do Norfolk w Stanach Zjednoczonych. Z Annapolis, gdzie znowu była wymiana zało-gi, popłynęliśmy do Baltimore, a następnie do Newport. W Newport było wiele ciekawych imprez dla członków załóg jachtów i żaglowców. Podczas balu kapitańskiego moją partnerką była Stephanie Felmly, córka kapitana amerykańskiego statku. Potem Stephanie popłynęła z nami aż do Halifaksu.
- "Zjawa" nie wzięła udziału w wielkiej paradzie żaglowców w Nowym Jorku z okazji ame-rykańskiego Święta Niepodległości - dlaczego, przecież byliście w pobliżu?
- Nasz udział w tej paradzie nie był przewidziany. Wprawdzie 4 lipca stanęliśmy u wejścia do portu w Nowym Jorku, ale straż-graniczna już nikogo nie wpuszczała. Parada nowojorska to była osobna impreza, natomiast my na Bermudach dołączyliśmy do tak zwanego "Cruise in Company"; mogliśmy wybierać porty i imprezy, w których chcieliśmy uczestniczyć, i to właśnie zrobiliśmy.
- W tegorocznej paradzie w Nowym Jorku, bodaj najbardziej prestiżowej tego typu impre-zie na świecie, uczestniczyły zaledwie dwa polskie żaglowce: "Dar Młodzieży" i "Pogoria". Jak sądzisz, dlaczego tylko dwa? Czyżby polskim żeglarzom nie zależało na tym, aby pokazać się w takiej chwili i w takim miejscu? .
- Nie, nie, to nie to. Problem tkwi gdzie indziej. Wiem, że miały przypłynąć "Bieszczady" - drugi, obok "Zjawy IV", jacht Centrum Wychowania Morskiego ZHP w Gdyni, miał przypłynąć również jacht z Klubu Marynarki Wojennej "Kotwica"... Dlaczego nie przypłynęły - nie wiem. Generalnie jednak prawda jest taka, że w Polsce nie ma na czym pływać. Jachtów morskich może jest około 200, z czego większość to jednostki stare, niedoinwestowane, Ponadto nie ma odpo-wiedniej bazy.
-W paradzie w Bostonie do "Daru Młodzieży" i "Pogoni" dołączyła "Zjawa IV" - to pięknie, ale w istocie niewiele zmienia.
- "Zjawa" dołączyła tylko dlatego, że Witold Gizler, właściciel "Skippera", wyczartero-wał ją od Centrum Wychowania Morskiego ZHP w Gdyni i zorganizował załogę. Być może sama operacja "Żagiel jest mało rozreklamowana i tu też tkwi przyczyna. Poza tym, jeśli ktoś nor-malnie pracuje albo uczy się czy studiuje, to nie jest łatwo opuścić na miesiąc lub dwa miejsce pra-cy czy nauki.
- Tobie udaje się pogodzić naukę z pływaniem...
- Coraz trudniej. Bo morze ciągnie mnie okrutnie... Obecnie jestem po II roku studiów na wydziale telekomunikacji Politechniki Gdańskiej. "Zjawę" mogłem poprowadzić tylko dlatego, że wcześniej wziąłem urlop dziekański na wyprawę do Islandii, z której nic zresztą nie wyszło - po prostu nie znaleźliśmy sponsora.
- No, ale przecież nie powiesz, że w Polsce nie ma chętnych do pływania...
- O tak, młodzi ludzie bardzo się garną, lubią pływać. Na przykład o szkole po żaglami "Skipper" można dowiedzieć się wszystkiego w Internecie (www.skipper.gdynia.pl) i może dzięki temu nie narzekamy na brak chętnych do nauki pływania. W moim przekonaniu tę formę rekreacji i sportu należałoby mocniej rozpropagować w szkołach średnich i na uczelniach. Jest jednakże bariera finansowa trudna do pokonania.
- Jeśli ktoś chce popłynąć w rejs, to ile musi zapłacić?
- Nie wiem, jak to jest na innych jachtach, ale na "Zjawie" doba kosztuje 40 dolarów.
Z Kadyksu do Annapolis płynął z nami młody człowiek, który twierdził, że nigdy nie oszczędza, żyje na kredyt, bo uważa, że to on powinien robić użytek z pieniędzy. No, a jeśli
coś się z nim stanie, to nie on straci, tylko bank...
- Na tak małej powierzchni, podczas długich rejsów, w sytuacji dosyć ograniczonego wyboru możliwości rozsądnego spędzenia czasu, nieuniknione są konflikty. Kapitan jest wtedy często w trudnej sytuacji, Czy młody wiek jest w takich sytuacjach Twoim atutem?
- Dzięki młodemu wiekowi na pewno mam lepszy; kontakt z załogą, nie ma niepotrzeb-nego często dystansu. Jedno jest pewne - w przypadku zaistnienia jakiegoś konfliktu, muszę natychmiast reagować. Jeśli ktoś ma do kogoś pretensje, staram się, aby natychmiast porozmawiali ze sobą, a nawet, żeby się napili, bo to rozładowuje napięcie. Na jachcie musi być dobra atmosfera, tu nie ma miejsca na awantury i gniewy. Ja muszę o to dbać i żeby wszystko było zrobione jak nale-ży. No i - co jest najistotniejsze - muszę dbać o bezpieczeństwo załogi.
- Kiedy przewidujesz powrót do Polski?
- Pod koniec sierpnia. Z Bostonu ruszamy 16 lipca - już jako uczestnicy Tali Shipps 2000 - do Halifaksu; z Halifaksu do Amsterdamu popłyniemy najprawdopodobniej swoją trasą, już poza rega-tami, na Nową Fundlandię, stamtąd do Irlandii, Cherbourga - gdzie nastąpi ostatnia już wymia-na załogi - i 26 sierpnia powinniśmy być w Amsterdamie. Stamtąd wracam do domu.
- Dziękuję Ci za rozmowę i życzę szczęśliwych wiatrów.
| Copyright by W.Siodelski 2002 |
|
Strona Główna | Mapa Serwisu |